Zabieg z botoksem – jak podniósł moją samoocenę

Zrobiłam to. Tak. Właśnie to. Zrobiłam. I przyznaję się do tego. I wcale się z tego powodu nie wstydzę. Choć nie przyszło mi to tak łatwo, jak by się mogło wydawać. Długo się zastanawiałam, zanim podjęłam decyzję. Ale w końcu postanowiłam spróbować. I poddałam się...zabiegowi z toksyną botulinową. Poszłam na zabieg z botoksem.

 

 

Lwie wyzwanie

Ilekroć patrzyłam w lustro, widziałam czoło, na którym na dobre rozgościła się lwia bruzda – to taka pionowa, dość głęboka zmarszczka pomiędzy brwiami. Zauważyłam ją już wiele lat temu, jeszcze przed trzydziestką, ale ciągle miałam nadzieję, że jeśli będę dbać o cerę i wpadać co jakiś czas do kosmetyczki, to jakimś cudem ta wyjątkowo szpecąca zmarszczka wygładzi się i nie będzie aż tak bardzo widoczna.

 

 

Zaklinanie rzeczywistości

Kupowałam kremy mające działać właśnie takie cuda, czyli redukować i wygładzać zmarszczki, również te na czole – o 20 czy 30 procent. A swoją drogą, skąd wiadomo, że ten czy inny krem wygładzi zmarszczki tu czy tam o tyle i tyle procent. Dla mnie to nadal zagadka. Zmarszczka to zmarszczka – co za różnica, gdzie się znajduje. Próbowałam różnych zabiegów, z których można skorzystać w gabinecie kosmetycznym – teraz już nawet nie pamiętam ich nazw. Już mi nie wystarczało oczyszczanie twarzy i złuszczanie naskórka podczas dermabrazji; chciałam efektów widocznych gołym okiem. Na co dzień starałam się nie marszczyć czoła i wydawało mi się, że dobrze mi idzie. Zaklinałam rzeczywistość.

 

 

Pozorna kontrola

Miałam poczucie, że kontroluję sytuację. Dotąd, dopóki nie brałam lusterka do ręki. A brać musiałam – tak jak każda z nas. A to makijaż, a to pryszcz, a to regulacja brwi. Nie lubiłam tej zmarchy – nadawała mojej twarzy smutny, wręcz posępny wygląd i bardzo mnie postarzała. Wyglądałam tak, jakbym ciągle się czymś martwiła albo była w złym humorze. Dłuższa grzywka, ciągle zasłonięte czoło i problem był połowicznie rozwiązany. Z biegiem czasu pojawił się kolejny defekt, który też ma swoją własną, jakże oryginalną, nazwę – kurze łapki. Co ja, zwierzę jakieś jestem?

 

 

W świecie kompleksów

Cera mieszana, bardzo cienka skóra na twarzy, popękane naczynka krwionośne na twarzy, a do tego galopujący czas, którego nie udawało się okiełznać domowymi sposobami. Pojawiły się kompleksy – uważałam, że wyglądam dużo gorzej od moich rówieśniczek. W moim odczuciu niejedna starsza ode mnie koleżanka sprawiała wrażenie sporo młodszej ode mnie. Zazdrość zżerała mnie coraz bardziej. Lwia bruzda, do tego kurze łapki – tego było już za wiele. Czas mijał, a ta wstrętna bruzda wciąż straszyła mnie swoim widokiem – ilekroć spojrzałam w lustro, to ona tam była. Z roku na rok coraz głębsza, coraz bardziej wyraźna. A kiedy się uśmiechałam, kurze łapki rozchodziły się na pół twarzy, przechodząc w podłużne zmarszczki na policzkach. Kremy nie działały, zabiegi u kosmetyczek również nie. Mogłam to olać, ale nie potrafiłam tego zrobić.

 

 

Godność – to brzmi dumnie

W końcu zaczęłam myśleć o zabiegach medycyny estetycznej. Najpierw niechętnie, z lekkim niesmakiem, ale pozwoliłam sobie na takie myśli. Do tej pory byłam przekonana, że z takich fanaberii korzystają osoby, które są przewrażliwione na punkcie swojego wyglądu, najczęściej gwiazdy i wszelkiej maści gwiazdeczki, celebryci, ludzie, którzy są znani z tego, że są znani. Mają dużo wolnego czasu, za dużo pieniędzy i poprzewracało im się w głowach.

 

Bardzo bliska była mi filozofia starzenia się z godnością, bez ingerencji chirurgów plastycznych i lekarzy medycyny estetycznej. Chciałam tak się zestarzeć dotąd, dopóki… nie zaczęłam się starzeć. Okazało się, co zdziwiło mnie samą, że nie mogłam pogodzić się z upływem czasu i jego skutkami. Robiłam sobie wyrzuty i byłam zła na siebie, że nie potrafiłam zaakceptować naturalnego procesu starzenia się, że postępuję wbrew sobie. Godność, godność i jeszcze raz godność. Miałam w głowie mętlik. Aż nadszedł ten dzień, gdy podjęłam decyzję – postanowiłam, że na czterdzieste urodziny zrobię sobie prezent. I zafunduje sobie zabieg z botoksem. Spróbuję i sprawdzę, jak to jest. W końcu decyzję miałam za sobą.

 

 

Zabieg z botoksem

Zabieg z botoksem

 

 

Od słów do czynów

Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Zbliżały się moje urodziny. Wybrałam lekarza medycyny estetycznej i umówiłam się na wizytę. Byłam zestresowana, nie wiedziałam, jakie będą efekty i czego mam się spodziewać. Bałam się, że będę wyglądać sztucznie, nienaturalnie, że od razu wszyscy się zorientują, że poszłam na zabieg z botoksem. Nie miałam pojęcia, czy będzie bolało, a jeśli tak, to jak bardzo. Czekałam w poczekalni na swoją kolej i wciąż się denerwowałam. Gdy weszłam do gabinetu, byłam spocona jak mysz kościelna. Żeby rozładować napięcie, zaczęłam sobie trochę żartować. Siedziałam na fotelu i zastanawiałam się, jak będę wyglądać, gdy już wyjdę z gabinetu i czy ludzie będą się za mną oglądać.

 

 

Szach mat?

Lekarz szybko przystąpił do działania i po kilku, może kilkunastu minutach, było już po wszystkim. Mogłam wracać do domu. Czy bolało? Trochę, ale tylko w niektórych miejscach. Ból był do zniesienia – czuć było jedynie drobne ukłucia. Bardziej bolało mnie z powodu… finansów. Zabieg z botoksem nie był tani, kosztował więcej niż wizyty u kosmetyczki. Ale w końcu to był mój prezent urodzinowy i koszty nie miały znaczenia. To był ważny dla mnie dzień – przełamałam swoje obawy, pokonałam swój lęk i skonfrontowałam się ze swoimi przekonaniami. Zabieg z botoksem okazał się wcale nie taki straszny.

 

 

Głowa pełna stereotypów

Wcześniej miałam w głowie mnóstwo stereotypów, a gdy przyszło co do czego, okazało się, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Zdziwiłam się z powodu zaleceń lekarza, które wtedy wydały mi się niezrozumiałe – przez minimum 4 godziny po zabiegu nie mogłam się schylać, nie mogłam też dźwigać i wykonywać ćwiczeń fizycznych. Teraz już wiem, że bezpośrednio po zabiegu botoks może się przemieszczać pod skórą, stąd te środki ostrożności.

 

Zaskoczyło mnie również to, że na pełen efekt zabiegu trzeba było trochę poczekać, ponieważ zaczyna być widoczny dopiero po upływie około dwóch tygodni. I jeszcze jedna rzecz – wcale nie wyglądałam, jak dziwoląg, choć właśnie tego się spodziewałam. Nikt, dosłownie nikt, się nie zorientował, że miałam robiony jakiś zabieg, nawet moja rodzina. Ale ja widziałam efekty – zmarszczki na czole i kurze łapki wygładziły się i były prawie w ogóle niewidoczne. A jednocześnie miałam zachowaną mimikę twarzy.

 

 

Cofanie czasu

Poczułam się odmłodzona, bardziej atrakcyjna – sama dla siebie. Spodobałam się sobie; byłam bardzo zadowolona z zabiegu, spełnił moje oczekiwania. Mogłam znowu odsłaniać czoło (nie lubię długiej grzywki) i częściej się uśmiechać – przestałam się wstydzić i krępować z powodu swojego wyglądu. Czułam się dobrze we własnej skórze. Nareszcie!

 

 

Apetyt rośnie w miarę jedzenia

Jak się możecie domyślać, stwierdziłam, że nie poprzestanę na tym jednym zabiegu, tym bardziej, że lwia bruzda okazała się trudnym przeciwnikiem. Była za głęboka i mój pierwszy zabieg z botoksem nie do końca sobie z nią poradził. Aby się jej całkowicie pozbyć, potrzebny będzie jeszcze zabieg z kwasem hialuronowym. Postanowiłam, że będę dbać o siebie, korzystając również z dobrodziejstw medycyny estetycznej. Tak, właśnie z dobrodziejstw.

 

 

Zabieg z botoksem

Gdy zaczęłam coraz więcej czytać na ten temat, przekonałam się, że nie taki zabieg z botoksem straszny, jak go malują. Toksyna botulinowa ma także działanie lecznicze – można ją stosować u osób z bruksizmem, leczyć migreny albo nadpotliwość. Po zabiegach wygląda się bardzo świeżo i naturalnie, a samoocena wzrasta, szybuje mocno w górę. Jeśli chcę kochać samą siebie, to powinnam robić dla siebie dobre rzeczy, takie, które mi służą.

 

 

Zaskakujące odkrycie

Teraz uważam, że medycyna estetyczna to wspaniały wynalazek. Owszem, można się od niej uzależnić, zresztą jak od wszystkiego – alkoholu, papierosów, a nawet jedzenia. Ale jeśli się nie przesadza i robi to, co niezbędne, dbając o naturalność, to można osiągnąć naprawdę wspaniałe efekty, również w kwestii samopoczucia i samooceny. Skoro regularnie chodzę do dentysty, fryzjera, kosmetyczki czy manikiurzystki, to mogę dołączyć do tego zabiegi medycyny estetycznej. Chcę korzystać z tego, co jest dobre, co niesie ze sobą korzyści, co mi pomaga w dbaniu o siebie. Odkryłam medycynę estetyczną i bardzo się z tego cieszę.

 

 

Marta

Marta

 

 

Między chcieć a móc

Jednak w mojej sytuacji problemem okazały się pieniądze. Jednorazowo mogłam pozwolić sobie na większy wydatek, ale jeśli chciałam w miarę systematycznie, oczywiście z umiarem i w zależności do potrzeb, poddawać się zabiegom, to musiałam znaleźć jakieś rozwiązanie. I znalazłam. Trochę przez przypadek dowiedziałam się, że lekarze, którzy szkolą się z zakresu medycyny estetycznej, potrzebują modelek i modeli, czyli kobiet i mężczyzn, na których mogą się uczyć i doskonalić swoje umiejętności. Brzmi strasznie, wiem. Pacjenci płacą jednak wówczas dużo mniej niż w gabinecie lub klinice medycyny estetycznej. Tak trafiłam na OLLIE. Przyszłam raz, potem drugi. Już się nie obawiam, że coś może pójść nie tak, że zabieg zostanie źle wykonany.

 

 

W rękach profesjonalistów

Lekarz, który prowadzi szkolenie, czuwa nad wszystkim i ponosi pełną odpowiedzialność za wykonywane pod jego okiem zabiegi. Atmosfera w OLLIE jest świetna – lekarze są bardzo mili i pomocni, chętnie udzielają informacji, odpowiadają na najdziwniejsze pytania. I chcą pomagać, co jest dla mnie bardzo ważne. Traktują swój zawód jak swojego rodzaju misję. Czuję się tutaj pewnie i bezpiecznie; już się nie boję i nie wstydzę – ani swojego wyglądu, ani tego, że korzystam z zabiegów z toksyną botulinową. Co więcej mogę powiedzieć? Polecam. Polecam OLLIE. I zachęcam do tego, by samemu na własnej skórze przekonać się, czym jest medycyna estetyczna i co dobrego może nam zaoferować.

 

 

Marta

 

 

Polecane artykuły:

 

 

Zapraszamy na zabiegi podczas szkoleń dla lekarzy w OLLIE.